PISZĘ, REDAGUJĘ I TROPIĘ PRZEMILCZENIA – MOJE PORTFOLIO AUTORSKIE

 

 

 

 

 

 

Tutaj zaczyna się podróż po moich opowieściach. Odkryj moje utwory, poznaj moją twórczość i zanurz się w historie, które tworzę. Dziękuję, że jesteś i stajesz się częścią mojej opowieści (fot. Jakub Szafrański).

Cześć! Jestem Marcin. Piszę prozę i dramty

Jako magister filologii polskiej (z miłości do literatury) zajmuję się zawodowo tropieniem pęknięć w języku, redagowaniem rzeczywistości oraz pisaniem o tym, co przemilczane i nieoczywiste. Na moich półkach panuje twórcza anarchia, w której nagradzane dramaty i reportaże o tożsamości biją się o miejsce z czystą pasją do literatury wysokiej i tej zupełnie nieoczywistej. Krótko mówiąc: szukam w słowach autentycznego głosu i wspólnoty, a jeśli chcesz poznać konkretne daty i tytuły z mojego biogramu oraz twórczości, zapraszam do lektury oficjalnych zakładek (na górze strony)!

Dlaczego piszę?

Piszę, bo jako polonista mam zakodowane, że świat bez tekstu to tylko zbiór nieopisanych incydentów, a ktoś przecież musi nad tym chaosem zapanować (nawet jeśli nie potrafi zapanować nad własnym regałem). Moje pisanie to taka próba „reanimacji” rzeczywistości – zwłaszcza tej młodzieżowej, która w dzisiejszych czasach często czuje się jak bohaterka mojego dramatu: zagubiona w labiryncie, grająca w emocjonalne „papier, kamień, nożyce”. Piszę, by ocalić to, co w młodości najbardziej kruche, i dać głos tym, którzy w ogólnym hałasie zwykle dostają tylko rolę statystów.

Ale nie samym „ratowaniem świata” człowiek żyje – czasem piszę po to, by sprawdzić, ile groteski i absurdu wytrzyma polska składnia. Eksploruję językowe pęknięcia i dziwne zrosty, bo fascynuje mnie moment, w którym powaga wywraca się o własne nogi i ląduje w czystej komedii (lub tragedii, zależy od dnia). Raz uciekam do wsi Niebo z roku 1989, innym razem wchodzę w duszny klimat współczesnych lęków, ale zawsze robię to z nadzieją, że język – ten giętki i ten całkiem sztywny – pozwoli nam się nawzajem usłyszeć.

Krótko mówiąc: piszę, żeby nie zwariować od nadmiaru nieprzeczytanych książek na szafce nocnej i żeby przekonać się, czy kolejna kropka przyniesie jakąś odpowiedź. A jeśli przy okazji uda mi się kogoś poruszyć, rozbawić albo sprawić, że poczuje się mniej „osobny” w swoim doświadczeniu, to znaczy, że te wszystkie lata analizowania wierszy na studiach nie poszły na marne. 

Piszę wreszcie dlatego, że wierzę w moc wspólnoty budowanej na pęknięciach – tam, gdzie oficjalna historia milczy, a język zaczyna drżeć. Fascynuje mnie to, co zostaje „pod spodem”: niewypowiedziane tęsknoty, echa dawnych rozmów i tożsamość, która rzadko jest monolitem, a częściej barwną mozaiką (podobnie jak mój regał, gdzie Al Pacino sąsiaduje z Biblioteką Narodową, zobacz kolumnę obok). Tworzę więc te swoje słowne konstrukcje, by sprawdzić, czy w tym całym zamieszaniu potrafimy jeszcze usłyszeć głos drugiego człowieka – zwłaszcza tego najsłabszego, który wciąż szuka swojego miejsca w szeregu.

Na zdjęciu z Tadeuszem Różewiczem.

Co czytam? 

To będą ćwiczenia stylistyczne z zawartości trzech półek ze zdjęcia, ale to wszystko do mnie bardzo pasuje.

Jako dyplomowany polonista wyznaję zasadę, że porządek alfabetyczny jest dla ludzi o słabej wyobraźni, dlatego mój regał to radosny, wielowarstwowy „śmietnik intelektualny”, w którym książki uprawiają agresywny surfing. Na tych trzech półkach (a przysięgam, to tylko wierzchołek góry lodowej, bo reszta mieszkania powoli zmienia się w labirynt z papieru) panuje totalna anarchia: Wiesław Myśliwski (wielbię!) próbuje zachować powagę, leżąc na froncie, podczas gdy nad nim Al Pacino wymienia spojrzenia z Jamesem Clearem. To dynamiczna instalacja artystyczna obrazująca mój stan skupienia po piątej kawie.

Mój literacki eklektyzm sprawia, że cierpię na chroniczne rozdwojenie jaźni. Jednego dnia analizuję egzystencjalny ciężar László Krasznahorkaiego (nie podobało mi się) i wczytuję się w dramaty (na górze, choć nie widać, mam całego Szekspira), żeby nie wyjść z wprawy w dekonstruowaniu świata, a drugiego bez mrugnięcia okiem przeskakuję do „Atomowych nawyków” (straszne to było!) lub biografii Da Vinci (jeszcze nie czytałem). W tym samym stosie, gdzie gnije francuski nihilizm Houellebecqa (kocham!), dumnie pręży się „Kwantechizm” Dragana (super), bo przecież człowiek ma prawo do bycia ekspertem od wszystkiego, a zwłaszcza od tematów, o których nie ma pojęcia, ale potrafi o nich pięknie mówić.

Patrząc na ten stosunek sił, gdzie „Technofeudalizm” podtrzymuje ciężar współczesnej prozy, a seria Biblioteki Narodowej (wiersze Lechonia) pilnuje, żeby to wszystko nie runęło mi na głowę, czuję dumę. Prawdziwa filologiczna dusza nie boi się pyłu ani faktu, że aby wyciągnąć coś z dołu, muszę zaryzykować życie i zdrowie pod lawiną reportaży. To, co tu widzicie, to tylko skromna próbka moich zbiorów. Pozostałe regały prawdopodobnie planują już secesję i utworzenie własnego państwa, w którym walutą są zakładki do książek i niedopita herbata.

Czy praca redaktora przeszkadza mi w pisaniu?

Jestem redaktorem od 17 lat, więc teoretycznie powinienem widzieć każdy błąd szybciej niż autokorekta. I tak właśnie jest, ale tylko wtedy, gdy to nie jest mój tekst. Kiedy piszę coś swojego, nagle okazuje się, że błędy mają ze mną jakiś układ i przechodzą niezauważone.

Najwyraźniej działa tu prosta zasada: wiem, co chciałem napisać, więc mózg uznaje, że wszystko się zgadza i nie ma się czego czepiać. Efekt jest taki, że cudze przecinki poprawiam z chirurgiczną precyzją, a u siebie potrafię przeoczyć rzeczy, które aż proszą się o poprawkę. Można powiedzieć, że na co dzień jestem redaktorem, a dla własnych tekstów bardzo wyrozumiałym czytelnikiem.

Ostatecznie ten redakcyjny rygor i pisarska wolność to u mnie taki stary, dobry układ typu „zły policjant, dobry policjant”. Redaktor we mnie pilnuje, żeby zdania nie rozsypały się jak książki na moich półkach, ale to Autor ma ostatnie słowo, gdy trzeba wpuścić do tekstu trochę artystycznego chaosu czy groteski. Bo choć 17 lat w zawodzie robi z człowieka maszynę do wyłapywania literówek, to literatura na szczęście wciąż dzieje się tam, gdzie kończą się reguły poprawnej polszczyzny, a zaczyna prawdziwe życie (nawet jeśli to życie wymaga potem trzech tur autoredakcji).

Moja misja (nie tylko) pisarska

Moja misja to w gruncie rzeczy próba zbudowania bezpiecznego schronienia wewnątrz fikcji. Jako artysta nie interesuję się suchym raportowaniem rzeczywistości – od tego są statystyki i wieczorne newsy, których i tak nikt nie czyta do końca. Ja wolę literackie laboratorium, w którym mogę wziąć na warsztat doświadczenia młodych ludzi, outsiderów i tych wszystkich, których głos w debacie publicznej jest zwykle wyciszony. Piszę, by zamienić ich wykluczenie w opowieść pełną mięsa, emocji i autentycznego drżenia, bo wierzę, że tylko przez sztukę i język groteski możemy dotknąć prawdy, która w wersji non-fiction byłaby po prostu zbyt bolesna lub nieuchwytna.

Jednocześnie pilnuję, by moja twórczość nigdy nie stała się nudnym wykładem o problemach społecznych – przede wszystkim chcę pozostać wierny formie i literackiej przygodzie. Moim celem jest tworzenie tekstów, które drażnią, bawią i zmuszają do myślenia, zamiast podawać gotowe recepty na życie. Chcę być rzecznikiem tych „niezakorzenionych” i niepewnych, ale robię to na własnych, artystycznych warunkach: eksplorując językowe pęknięcia i szukając piękna tam, gdzie inni widzą tylko błąd systemu. W końcu po polonistyce wiem jedno: świat może być źle złożony, ale dobra puenta potrafi uratować nawet najbardziej beznadziejny rozdział.

„Udany bardzo debiut! Z radością taką zostałem po lekturze, bo w modnym temacie transformacji i łapaniu się tematyki marzeń o dobrobycie „powykładało się” kilka przeczytanych już przeze mnie narracji. A „Niebo 1989” postawię sobie zaraz, gdy jeszcze skończę wynotowanie obok ulubionej i zaczytanej Anny Cieplak - „Lat powyżej zera”.

Michał Pabian, krytyk literacki

Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador